Krótka (nie bardzo) historyja
Część pierwsza - Lata osiemdziesiąte
"W latach osiemdziesiątych paliliśmy 'Mocne' i byliśmy mocni w gębie".
Wszystko zaczęło się w 1986 roku po Jarocinie. Grałem wtedy w RĘCE DO GÓRY. Miałem trochę
piosenek i pomysłów, które nie pasowały do RDG. Poza tym byliśmy ścigani przez esbecję i nie
mogliśmy nigdzie grać. Postanowiłem założyć jeszcze jedną kapelę. Podobnie pomyśleli moi koledzy z
RĄK: Czoper, Czarny i Remi. Mój pierwszy skład tworzyli: Ropuch, czyli Bartek Ciepłuch, mój kolega
ze studiów na gitarze, Wojtek, basista zakochany w muzyce RDG, pochodził z Człuchowa, Wiśnia kumpel
Kuby (technicznego z RDG) na bębnach i Mała wokalistka RĄK. Wiśnia, Ropuch i Wojtek byli jedynakami
i po którejś z prób zorientowałem, że zamiast skupiać się na graniu koncentrowali się na Małej.
Cierpiała na tym prawdziwa sztuka, ja nie miałem ochoty uczestniczyć dalej w zalotach godowych,
rozgoniłem więc towarzycho. Małą ostatecznie wyhaczył Kuba, nasz techniczny. Może dlatego, że nie
był jedynakiem. Są razem do dziś, mają dwóch synów. Ten pierwszy skład nazywał się RYZYKO. Zawsze
miałem talent do wymyślania obciacherskich nazw.
W tamtym czasie powstały "Tak jak teraz jest" i "Welwetowe swetry". Większość naszej działalności
muzycznej koncentrowała się w "Zbyszku" - poznańskim akademiku. W kuchni na IV piętrze grali
MALARZE I ŻOŁNIERZE, RĘCE DO GÓRY. W "Zbyszku" mieszkał też Kozak. Pochodził podobnie jak ja z PIŁY.
Kozak grał na gitarze w kapeli KURWICHA. Podobały mi się ich kawałki oraz kozakowe podejście do grania.
Zaproponowałem mu więc wspólne granie. Tak powstał drugi skład pod nazwą PAPIEROSY - czyli Ropuch i
Kozak na gitarach, Witek Urbański na basie oraz Beton, wówczas jeden z najlepszych poznańskich pałkerów.
PAPIEROSY rozwiązały się po 3 próbach bo Beton chciał grać jazz. Olał więc nas wyemigrował. Nie wiem co
się z nim teraz dzieje.
W wakacje 1987 roku było już wiadomo, że RĘCE DO GÓRY zdechły. Z kapeli odeszła Mała spodziewająca się
dziecka. Czoper, Czarny i Remi realizowali się w swojej kapeli KREW. Mieli grać na Poza kontrolą przed
SWANS. RĄK DO GÓRY mimo wcześniejszych ustaleń do Warszawy nie zaproszono. W klubie "Słońce" gdzie
mieliśmy próby były wolne terminy. Postanowiliśmy więc z Kozakiem i Ropuchem: teraz albo nigdy.
Poprosiliśmy Marka Kabata z Piły, wtedy jeszcze zupełnie niekumatego bębniarza by tylko wybijał nam
rytm. Na pierwszej próbie nie zjawił się Witek Urbański. W związku z tym na basie zaczął grać
Kozak.
Powstał wtedy nasz pierwszy program: "Welwetowe swetry, "Tak jak teraz jest", "Ciemne", "Nasze nogi",
"Ulice jak stygmaty, w pojebanej wersji", "Dłoń" ,"Modelka" i "Snowman". Nagraliśmy to na kasetę i
zaczęliśmy szukać pałkera. Znaleźliśmy Smoka - Andrzeja Głogowskiego ze Słupcy (chyba). W tym składzie
zagraliśmy pierwszy koncert jako PIDŻAMA PORNO. Był to jedyny koncert Witka Niedziejki -saksofonisty z
RĄK. Witek obraził się na mnie i przeniósł się do MALARZY. Razem z Urbańskim nagrali "Po prostu
pastelowe" -wtedy to był zajebisty hit - i zostali gwiazdami. Koncert odbył się w "Słońcu" w grudniu
1987 roku. Ze Smokiem zagraliśmy jeszcze z 5 koncertów i musieliśmy szukać nowego pałkera.
Wiosną 1988 roku w Poznaniu koncertowała ARMIA. Przed nimi grała PEPESZA, z którą mieliśmy razem
próby w "Słońcu". Kiedy Budzego i kolegów wywoływano na bis zawieruszył się gdzieś Gogo Schultz,
ówczesny pałker ARMII. Brylu poprosił więc Kuzyna perkusistę PEPESZY by zagrał z nimi bisy. No i
Kuzyn zagrał. Pomyślałem sobie, że skoro mógł zagrać z ARMIĄ może też z nami. 10 minut potem mieliśmy
nowego perkusistę. Z Kuzynem zagraliśmy już na gdyńskiej Nowej Scenie i dzień potem w Słupsku razem z
CRIME & CITY SOLUTION.
Latem tego roku pojechaliśmy również na Festiwal Pokoju w Białogórze. Zagraliśmy wtedy jeden z
najlepszych koncertów mimo że do dyspozycji mieliśmy tylko Eltrona i Vermonę. Wtedy też poznaliśmy
się z Makenem, który zaproponował nam wydanie kasety.
Pierwsze, "poważniejsze" nagrania już mieliśmy. Zrobił je niejaki Modrzej, o którego
drewnianych uszach do dziś w Poznaniu opowiada się legendy. Nagraliśmy wtedy "Ciemne",
"Nasze nogi", "Snowmana", "Dłoń" i "Szalone lato". Jesienią 1988 roku w Poznaniu wyświetlili
się francuscy anarchiści, który przywieźli lokalnemu WiPowi trochę gotówki. Jarek Urbański,
szef WiP'u postanowił, że część tej kaski przeznaczy na nagranie naszej kasety. Podobnie jak
w za pierwszym razem kawałki nagrywaliśmy na 100%. Robił je Klaus inny maestro konsolety z
Miasta Poznań. Nagraliśmy: "Pasażera", "Lewą marsz", "Balladę o krwi prawdziwej", "Paryż",
"Browarne bulwary", "Bal u senatora", "Trzymając się za ręce", "Tak jak teraz jest",
"Terrorystkę Franię", "Drogi", "Fucking in the Church", "Katarzynę", "Wojnę", "Codzienność",
"Świńską procesję", "List do żołnierza" i "Welwetowe swetry". Kasetę zatytułowałem "Ulice jak
stygmaty". Wydali ją ludzie z Wałbrzycha i Bolesławca.
Z "Ulicami" dostaliśmy się do Jarocina 1989. Jeszcze nieco wcześniej o swojej rezygnacji z
PIDŻAMY poinformował nas Ropuch. Sądzę, że właśnie wtedy wygasł w nim trip na odlot z nami.
Znów trzeba było przemeblować skład. Krótko przed nagrywaniem "Ulic" przyjęliśmy do kapeli
Filarego. Gościu śpiewał wcześniej w RAJ KRAT, kapeli z którą grał również Kuzyn. Filary
miał też własne klawisze i w tej roli się u nas zatrudnił. Był chyba największym psycholem w
kapeli. Jako dziecko wypadł z V piętra. Obecnie jest ścigany listem gończym. Kozak w wielkich
bólach przypominał sobie o gitarze. Basistą został Julo, kuzyn Kuzyna. Wcześniej grał również
w RAJ KRAT. Do Jarocina pojechaliśmy jeszcze z Ropuchem. Razem z Kozakiem polecieli na dwie
gitary. Wtedy po raz pierwszy doceniło nas jury. Obok DR. BUSH, PROLETARYATU, POPŁOCHU WŚRÓD
DZIEWCZĄT dostaliśmy się na Dużą Scenę. Już przed festiwalem mówiło się całkiem oficjalnie, że
wygrają CLOSTERKELLER i PROLETARYAT. Tak też się i stało. My nie wygraliśmy nic ale opuściliśmy
Jarocin pozostawiając po sobie raczej nienajgorsze wrażenie.
Wtedy poznaliśmy Ryśka Sarbaka, człowieka związanego z GEDEONEM JERRUBAALEM i BASSTIONEM.
Rysiek powiedział nam, że istnieje szansa na kilka sztuk w Czechosłowacji. Wtedy w Czechach
ostre granie było zakazane. Kapele żeby móc grać organizowały lipne śluby i wesela. To był
jeden ze sposobów na przechytrzenie bezpieki. Drugi sposób polegał na robieniu sztuk w
pipidówach. Często jednak zdarzało się, że przed publiką zjawiała się policja- i na granie
można se było pogwizdać. Wierzyć się dziś w to nie chce, kiedy słyszy się jakie bendy koncertują
w Pradze. Nam jednak przyszło grać w amfiteatrze w dyplomatycznej dzielnicy Pragi. Wcześniej
jednak, gdy zobaczyliśmy ceny piwa i przeliczyliśmy je na złotówki - to zwariowaliśmy. Kupiliśmy
ponad sto półlitrowych butelek. Czesi z miejsca nas polubili. Występowaliśmy oczywiście jako
gwiazda. Przed nami grały czeskie kapele w stylu RUSH i KANSAS. Wypadły jakoś tak smutno. Nic
dziwnego wśród publiki większość to byli punki i praskie lesby. A my? Wypierdoliliśmy taką sztukę,
że Pepikom gacie pospadały. Atmosfera zbliżyła się do wrzenia gdy zadedykowaliśmy "Hymn pokoju"
Petrowi Cibulce, koleżce, którego czeska bezpieka przymknęła za handel niezależnymi kasetami.
Poczuliśmy się jak emisariusze z wolnego świata i już do końca sztuki polecieliśmy w ten klimat.
Finał był taki, że Czesi wlecieli na scenę i razem z nami odśpiewali "Pasażera". My po polsku,
oni po swojemu. Sądzę, że gdyby był tam wtedy Iggy też by się do nas przyłączył. Na koniec była
jeszcze "Permanentna rewolucja" i to był ostatni koncert w Pradze... przed rewolucją. Zaraz po
sztuce przyleciał do nas Zbiszek Studecki, czeski organizator tej imprezki, krzycząc ..."Do prdeli!!
SEX PISTOLS!! SEX PISTOLS!!!! Powiedziałem mu, że skoro tak uważa niech zostanie naszym Malcolmem
McLarenem. Gościu łyknął to bez wahania
Dzień potem graliśmy koncert w Pile. Była to ostatnia sztuka z Ropuchem. Po stracie Ropucha
zabraliśmy się ostro do pracy. Szybko robiliśmy nowe numery. W tym czasie (jesień 89)
wyświetlili się w polu naszego rażenia Bulwa i Klaus, którzy rozkręcali w Poznaniu niezależną
scenę. Bulwa grał w HCP i wydawał zina "Greencore", Klaus - ,,Rdzenia". To za ich sprawą odwiedzili
Poznań PRESIDENT FETCH, THE EX, NOMEANSNO, HOLLY GUNS, SNUFF, STAND TO FALL. Większość tych kapel
koncertowała w "Bratniaku" - gdzie wówczas pracowałem. Wtedy też zaczęła się moda na hardcore.
Ostre przypierdalanie, szybkie tempa. My ze swoimi kawałkami jakoś tak niezbyt pasowaliśmy do tego
schematu. A że i nam się to podobało zaczęliśmy próbować grać szybciej. Okazało się to początkiem
końca PIDŻAMY. Ale o nim później.
Pod koniec 1989 roku zadzwonił do mnie czeski Malcolm McLaren proponując PIDŻAMIE PORNO dużą
trasę po Czechach, Morawach i Słowacji. Zdziwiłem się wtedy jak szybko nauczyłem się czeskiego.
Kumałem większość z tego co mówił.
Dopiero dużo później okazało się, że Malcolm nie gadał ze mną po czesku. Gadał po polsku.
Naszego narzecza nauczył się z polskich płyt, które kupował w polskim Instytucie Kulturalnym w
Pradze. W drodze rewanżu zaproponowałem wyjazd na trasę Ryśkowi Sarbakowi, który miał grać z nami na
trąbce. Pojechaliśmy jednak w piątkę. Filary zaspał na pociąg(z Poznania wyjeżdżał po 17tej).
Próbował nas jeszcze dogonić innym pociągiem. Pech chciał, że ten pociąg, którym Filary nas gonił
uczestniczył w jakiejś monstrualnej katastrofie. Przeżyliśmy i zobaczyliśmy wiele...
Pierwsza sztuka była w Ostrawie. Graliśmy koncert z RADEGASTEM, jedną z najstarszych kapel
stamtąd. Zaczynali ponoć jeszcze w latach 70tych. Okazali się niezwykle sympatycznymi kolesiami i
zaprosiliśmy ich do Poznania. Grali przed SNUFF. Drugi koncert odbył się w Wielkich Nemczicach.
Totalna pipidówa. Sala też total - na 1000 osób, w środku jakieś 50. Przed nami grali SRK
grindcorowcy z Brna. Basista, by mu się nie pomyliły struny, pierwsze trzy związał drutem.
Przed sceną stał kolega z wyraźnym, głębokim - pewnie po siekierze - wgłębieniem na czole.
Miał twarz szaleńca, mordercy dzieci, Frankensteina lub kogo tam jeszcze znacie. Koncert
nagłaśniał gość, który był akustykiem PLASTIC PEOPLE AT THE UNIVERSE. Kumacie klimat...
Po koncercie sołtys, który pewnie był starszym bratem tego spod sceny wydał bankiet. Na
stół wjechały 5 litrowe gąsiory z winem. Ujebaliśmy się tak, że wracając przez wieś
ryczeliśmy polskie pieśni partyzanckie. Martin, którego tu poznaliśmy powiedział nam później,
że wieś chciała nas za to zajebać. W Brnie kimaliśmy właśnie u niego. Odniosłem wrażenie, że
chyba nie przypadliśmy mu do gustu. Tu spotkaliśmy się z miejscowym dziennikarzem, który
kojarzył nas z Jarocka. Twierdził, że podobaliśmy mu się najbardziej z wszystkich polskich
kapel - bo graliśmy jego zdaniem słowiańską odmianę punk rocka. Po tym stwierdzeniu nie
pozostało nam nic innego jak ujebać się na maksa - co uczyniliśmy.
Później graliśmy jeszcze parę koncertów z ZONĄ A I EXTIPEM - słowackimi kapelami. Też sympatyczni
koleżkowie. Basista tych kapel był chyba Cyganem i miał image jak Brat Pancho - złote łańcuchy,
wąsy i punk rock miksowały się w każdym razie zajebiście. Warto też wspomnieć o koncercie w Trnawie,
chociażby dlatego, że był to pierwszy oficjalny koncert w tym mieście.
Tak doszliśmy do "Futuristy". Kozak poznał w Pile podczas jednej z legendarnych dziś "Szczepaniad"
Lenina, wokalistę szczecińskiej formacji KAFEL. Lenin gdy usłyszał o naszych przygodach czeskich
też chciał tam pojechać. Kozak powiedział mu, że nie ma sprawy. Wniebowzięty Lenin zaprosił nas
do Szczecina, gdzie działało radio studenckie, w którym była możliwość zarejestrowania nagrań na
dwuśladowym magnetofonie. Lenin załatwił nam to studio, spanie i sprzęt. Lenin kocham CIĘ!!!
Nagrywał nas Bursak, przed którym parę osób nas ostrzegało. Okazał się niezwykle w porządku
kolesiem. Do niektórych numerów podchodziliśmy kilkadziesiąt razy a Bursak ani przez moment nie dał
nam do zrozumienia, że już go trochę wkurwiamy. Drugiego dnia czekając na spóźniającego się
Bursaka przysłuchiwaliśmy się próbie zespołu, który pogrywał sobie w piwnicy. Do dziś nie wiem
jaki to był zespół - ogólnie syfioza - z jednym wyjątkiem. Śpiewała z nimi dziewczyna. Myśleliśmy,
że to SHINEAD O'CONNOR. Poznaliśmy ją tego samego dnia wieczorem. Wtedy też wpadliśmy na pomysł
żeby zaśpiewać coś razem. Dziewczyną o głosie Shinead okazała się nieletnia Kaśka Nosowska. Kaśka
kategorycznie odmówiła mówiąc, że jest za cienka i popsuje nam wszystko. Kozakowi udało się jednak
ją przekonać. Dużo trudniej poszło natomiast Bursakowi, który próbował namówić Kaśkę na próbę
mikrofonu. Trwało to około godziny - aż Kozak zdecydował że polecimy z Kaśką bez próby mikrofonu.
Najpierw zrobiliśmy "Pasażera". Potem "Ulice jak stygmaty". Wszystko za pierwszymi podejściami.
Spiąłem się jak przy kupie, bo bałem się, że jak się zjebię to jej minie ochota na wspólne muzykowanie.
Zaśpiewała tak, że odlecieliśmy, już wtedy wiedziałem....
Doprawdy nie jestem w stanie opisać jak byliśmy dumni z tych nagrań. Wszystkim, którzy ich słuchali
podobały się też. Nawet mojej szwagierce, która początkowo nie wierzyła, że to my. I kiedy wydawało
się, że wszystko potoczy się z górki zaczęły się schody.
Wiosną pojechaliśmy znów do Pragi. Czeski Malcolm postanowił zorganizować punkowy festiwal w hali
Lucerna. Miejsce na koncerty wymarzone- 5 pięter pod ziemią na 5 tysięcy osób. W wolnej sprzedaży
piwo i wino w butelkach. Cała czechosłowacka, punkowa czołówka, wybory Miss Punk i my razem ze
STAND TO FALL za gwiazdy. Graliśmy przedostatni i tuż przed nami wybierano Miss Punk. Pomysł -
mówiąc oględnie - nie wzbudził entuzjazmu publiczności. Na scenie jebało piwem i potłuczonymi
butelkami. Najpiękniejsze punkówki przeniosły się na boczne wybiegi - w trakcie naszego gigu
miały paradować przed ostatecznym werdyktem. Podchmielona wiara jęła naparzać w nie szkłem. Kiedy
graliśmy, butelki śmigały nam nad głowami z lewej na prawo i odwrotnie. Po trzecim numerze
powiedzieliśmy organizatorom, że albo dziewczyny sobie zrobią przerwę, albo my. Zdecydowano się
na wariant pierwszy i szklana burza ucichła. Niestety już się nie pozbieraliśmy. Zagraliśmy
najgorszy nasz czeski koncert.
Mieszkaliśmy wtedy na chacie u niejakiego Honzy. Filary i Julo zrobili mu w szafach rewizję i
znaleźli pornosa ze zwierzętami z czasów praskiej wiosny. Koguciki, pieski, Czeszki... te sprawy.
Potem graliśmy w Pile - nasz najfatalniejszy koncert. Nic się nie słyszeliśmy - jebaliśmy się więc co
chwilę. W pewnym momencie Kuzyn wziął pałeczki i poszedł w długą. Kozak przeprosił wiarę i to był
koniec sztuki w Pile. Krótko potem wpadliśmy na pomysł wydania "Futuristy" na winylu.
Można to wówczas było zrobić tylko w Czechach. Skontaktowałem się z czeskim Malcolmem
wyłuszczając mu z grubsza ideę. Malcolm miał się zorientować w szczegółach i jak najszybciej
oddzwonić. Nie zadzwonił do dziś. Szkoda bo mogliśmy być pierwszą, polską niezależną kapelą z
własnym longiem. Po roku na podobną koncepcję wpadł Uszaty wydając w ten sposób INKWIZYCJĘ.
Fragmenty "Futuristy" wysłaliśmy do Jarocina. Dostaliśmy się jako pierwsza kapela z kasetowego
zaciągu. Bez problemu dostaliśmy się też na Dużą Scenę. Zagraliśmy wtedy jako pierwsza kapela
na festiwalu ani źle, ani rewelacyjnie. Średnio. Jednak to z Jarocina'90 mam jak najgorsze
wspomnienia. Wtedy też pierwszy raz poważnie pomyślałem o tym co wkrótce miało się zdarzyć.
Atmosfera na festiwalu była beznadziejna. Czasy Krajowej Sceny Młodzieżowej: brudne układy,
śmierdzące zależności. Pewna znana już wtedy w "branży" baba powiedziała, że kapele z konkursu
grają 3 numery i spierdalają ze sceny. U nas najdłuższy numer miał 3 minuty - dawało to 10
minutowe show. W 1986 roku, kiedy RDG cenzura skasowała nazwę, 90% programu zagraliśmy w kwadrans.
W miejscu gdzie spaliśmy notorycznie najebana bramka rewidowała nas co krok czy aby nie wnosimy wódki.
Co prawda wódkę wnosić było można, ale trzeba było się z nimi napić. Z chujami nie piłem, nie piję i
pić nie będę. Zwłaszcza wódki.
Naprawdę czułem się tam wtedy jak za przeproszeniem Murzyn. Pół godziny po tym jak zagraliśmy
wsiadłem w pociąg i tyle miałem z tego Jarocina. Tradycyjnie nie wygraliśmy nic. Dopiero po
latach, funkcjonując już nieco w szołbiznesie, dowiedzieliśmy się kilku szczegółów. Generalnie
Jarocin wygrała BUNDSEWEHRA, mająca w składzie Agatę, basistkę z tak długimi nogami, że nawet
najzatwradzialsze pedały oglądały się za nią co krok. Inną nagrodę zgarnął DEKIEL, albo Srekiel
nazwy już dzisiaj nie pamiętam. To zresztą jest mało istotne. Istotniejszym było to, że ponoć
ich menago trzymał w łapach wszystkie koncerty na Dolnym Śląsku, gdzie bardzo chętnie pograłyby
sobie kapele z KSM. Dla przyzwoitości postanowiono uhonorować też jakąś kapelę "podziemną".
Wybierano ponoć między nami a FARBEN LEHRE. Ponoć jednym głosem zdecydowano się na kapelę Wojtka.
W jury byli wtedy Kelner, Lipiński i Klatt. Dziś myślę, że chyba jednak dobrze się stało jak się
stało. My pewnie i tak byśmy się rozpadli, za to FARBEN LEHRE mają już na koncie z 6 płyt. Filozofia
ogrodnikowego psa nigdy nie była moją filozofią.
Tak zaczął się ostatni rozdział. Po Jarocinie odszedł Filary. Atmosfera na próbach była beznadziejna,
Julo miał stary bas, na którym grał jeszcze Kozak. Bas - samoróba marki "Pół dęba" z wszystkimi
flakami na zewnątrz. Co chwila mu coś przerywało i trzeba było przerywać. Julo napierdalał piąchą w
deskę i na moment znów stykało, ale tylko na moment - potem historia się powtarzała. Odniosłem
wówczas wrażenie, że na nowy bas Julka trzeba będzie poczekać do dnia, w którym Polacy pokonają
Niemców w piłkę nożną. Dodam, że pamięć Julka nie była jego najmocniejszą stroną. Zwłaszcza gdy
przechodziło grać stare numery. Chyba za sobą wtedy zbytnio nie przepadaliśmy. Muzycznie próbowaliśmy
grać śmierdzące czady. Takie czady bez czadu. Kompletnie nie potrafiłem się w to wpasować co
powodowało narastającą irytację wśród reszty. Pewnie słuszną - bo to przecie - moje numery byli.
Dalsze perspektywy również nie były zachęcające; byliśmy jako band gdzieś pośrodku - pomiędzy
sceną niezależną a sceną oficjalną, czyli w praktyce: nigdzie. Jedni i drudzy doskonale sobie
bez nas radzili.
W tym roku skończyłem definitywnie swoją edukację. Plan Balcerowicza był w rozkwicie,
roboty brak, kasy też. Kolejki po zasiłek jak zły sen. Któregoś dnia przeczytałem, że
szukają ludzi do radia. Poszedłem. Przyjęli. Spodobało mi się to. Nawet bardzo - zawsze chciałem
zarabiać kasę wykorzystując własny łeb. Kiedy zdałem sobie sprawę, że na próby PIDŻAMY PORNO
chodzę jak do szkoły - zdecydowałem się. Powiedziałem o tym chłopakom. Oni - O.K. - znajdziemy
nowego wokalistę. Tylko Kozak spytał co mi odjebało. Dla reszty to był luzik, nic się nie stało.
Po trzech próbach z nowym wokalistą Kozak spakował zabawki i pojechał do Piły...
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ. To be continued......